Język polski

(PL) Ol’Moran

kliknij na zdjęcie, by zobaczyć galerię

Aż trudno uwierzyć, że nasi rodzice wyjechali jakieś trzy tygodnie temu… a my jeszcze nie opisaliśmy wszystkich naszych wypraw. Najwyższy czas, by opisać naszą ostatnią wyprawę do OL’Moran (nazwa tłumaczona jako ‘miejsce gdzie mieszkają wojownicy’). Dojazd tam był prawdziwym wyzwaniem mimo, że mieliśmy pożyczonego od Ojca Gabiele’a landrovera z napędem na cztery koła. Ale czego można się spodziewać na północ od Nyahururu wiedząć że jest to ostatnie miasto na drodze w kierunku północnej granicy Kenii? Odpowiedź jest prosta: fatalnych dróg i przepięknych krajobrazów… i dlatego też zdecydowaliśmy się pokazać naszym rodzinom namiastkę dzikiej Afryki i parę zwierzaków (bo skarżyli się, że jeszcze nie widzieli słoni, a tu już trzeba niedługo wracać). Na szczęście Ojciec James (kolejny włoski ksiądz) prowadzi tę ostatnią na północ misję i razem z kilkoma siostrami (Kenijkami i Filipinkami) jest w stanie przyjmować gości. Wyposarzenie domu gościnnego było miłą niespodzianką, ale przyjęcie jakie zgotowały nam siostry jeszcze większą. Ponieważ przyjechaliśmy po południu mieliśmy czas by zobaczyć budynki należące do parafii i do sióstr. Największą dla nas niespodzianką było zobaczenie kobiet z plemiania Pokot, które ubrane były w tradycyjne stroje plemienne (naszyjniki wyglądające jak sterczące kolorowe kołnierze). Z kolei dla tych kobiet atrakcją było zobaczenie białego dziecka. Znów Sara była gwiazdą! Wieczorem byliśmy zaproszeni na kolację do sióstr. Nie dość, że kolacja była bardzo bogata i nie zabrakło nawet deseru, to tak naprawdę najwspanialsze było otwarcie sióstr i ich  i szczera radość z naszego przyjazdu.

kliknij na zdjęcie, by zobaczyć galerię

Następnego dnia musieliśmy wcześnie wstać, bo czekała nas kolejna godzina wyboistej drogi na pólnoc do rancza Mugie – początku naszego safari. Trud drogi się opłacał, bo krajobraz był zupełnie inny niż ten znany nam z okolic Nyahururu. Po raz pierwszy zobaczyliśmy prawdziwą afrykańską sawannę z całą masą zwierząt i oczywiście ze stadem słoni na początek. Podobał nam się sposób w jaki zorganizowane było safari. W każdym samochodzie był jeden przewodnik który miał bezpośredni kontakt ze strażnikami którzy wypatrywali zwierząt i dawali znać przewodnikom gdzie się w danym momencie znajdują (na jednym ze zdjęć widać jak dwóch z nich siedzi na drzewie i wypatruje nosorożce). Na zdjęciach widać też różnorodność dróg jakie trzeba pokonać aby dostać się na Mugie. Safari zakończyło się przed lunch’em bo o tej porze wszystkie zwierzęta i tak pochowane są w cieniu, więc nie ma sensu jeździć w kółko zwłaszcza, że widzieliśmy już wszystko co było do zobaczenia. Słonie i tańczące ptaki zrobiły na nas największe wrażenie, ale oswojona żyrafa, którą można było dotknąć i bawoły przechodzące ptrzez drogę zaraz przed naszym autem też nie były najgorsze. Nasza ostatnia przed wyjazdem wyprawa była więc bardzo udana. Dwa dni póżniej już siedzieli w samolocie i lecieli do domu.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s